Mantis Temporis

Autor: Natalia Bąkowska, Gatunek: Proza, Dodano: 16 sierpnia 2010, 16:02:38

Brama miała zupełnie inny kolor od tego, który opisywali pozostali. W mojej pamięci brzmiały słowa o jasnym złocie i połyskującym srebrze. Gotowy jestem jednak przysiąc, że brama, której właśnie dotknąłem mieni się iskrząca zielenią. Wejście było lekko uchylone, a tabliczkę zawieszoną na ruchomych haczykach tuż przy ostro zakończonych strzałach wieńczących bramę, zdobił wygrawerowany napis „Temporis” przy którym z lewej strony widniała mała rzeźba złotej modliszki. Odniosłem wrażenie, że ta subtelna ozdoba jest o wiele starsza niż cała reszta żelastwa okalająca posiadłość, Dom znajdował się dość daleko od wejścia, jednak zdecydowanie  można było stwierdzić, iż jest w kolorze ciemniej zieleni. Choć padające na niego promienie światła sprawiały, że oczy ulegały chwilowemu złudzeniu jego złotej poświaty. Bezlitośnie świecące słońce, uprzykrzające mi cały spacer, zdawało się nie przeszkadzać kobiecie siedzącej w ogrodzie z dala od jakiegokolwiek cienia. Ubrana była w coś w rodzaju jedwabnego porannika, choć wyglądało to o wiele bardziej elegancko niż wskazywałaby to nazwa. Dopiero po chwili opowieści o złocie tej posiadłości nabrały sensu. Jej włosy były bowiem zdecydowanie złote. Nie blond, ale wyraźnie złote. Krwistoczerwoną klamrę, którą je spięła, zdobiła złota modliszka. Na drewnianym, okrągłym stole, tuż przy fantazyjnie wykończonym czarnym krześle, leżał rozłożony, karmazynowy wachlarz. Jej ubranie w tym samym kolorze, wydawało się być kupione w najlepszym butiku w mieście… z tym, że niekoniecznie w tym stuleciu.
Dopiero kiedy podszedłem tuż za jej plecy dopadła mnie myśl, że to co robię jest co najmniej niegrzeczne. W końcu prosto
z ulicy, wiedziony wyłącznie…  właściwie nie wiem czym wiedziony, wszedłem nieproszony na teren czyjejś posiadłości.
-Eee, to… jja… przepraszam bardzo, okropnie mi głupio, że tak wtargnąłem do pani ogrodu, ale…
-Nic nie szkodzi, czekałam na ciebie.
Delikatnie odwróciła twarz w moją stronę, choć prawdę mówiąc bardziej pasowałoby tu stwierdzenie, że odwróciła ku mnie same oczy.
-Może nie konkretnie na ciebie, ale nie dziwi mnie gość w moim domu, Jak masz na imię?
-Aldric, proszę pani.
-Aldric… bardzo, hmm… ciekawie. I panno jeśli już-spojrzała na mnie z uśmiechem i dopiero wówczas zauważyłem, że jej strój, także zdobi broszka w kształcie modliszki. Aczkolwiek wolałabym, żebyś mówił do mnie po imieniu. Jestem Mantissa- dłoń, którą do mnie wyciągnęła, była papierowobiała.
-Miło mi-wymamrotałem dość nieśmiało jak na swoje możliwości.
-Tak wiem, a teraz powiedz mi proszę, czego ode mnie potrzebujesz?
-Yyy, jak to? Przecież mówiłem już pani, że.. mówiłem ci,
że wszedłem tutaj przypadkiem. Słyszałem opowieści o tej rezydencji, to prawda, ale nic ponad legendy o jej znakomitości.
-Doprawdy Aldricu?
-Ta-ak.
Jej twarz przybrała wyraz co najmniej zdegustowany. Wyglądała jak dziecko, które musi samo iść kupić sobie upragnionego loda, pomimo, iż miało nadzieję wmanewrować
w to rodziców.
-No nie, znowu-mówiąc to, chwyciła się za czoło i spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Aldricu, Ty nie żyjesz.
Upewniłem się później kilkanaście razy, nie było wtedy żadnego trzęsienia ziemi, a jednak czułem w tamtej chwili jak rusza się grunt pod moimi stopami. Właściwie precyzyjniej byłoby powiedzieć, że się zapadł.
-J-jak to?
-Nienawidzę tego- Mantissa westchnęła głośno i powoli wstała
z krzesła. Nie pisałam się na pracę w pełnym wymiarze informacji.
Przypomnij sobie Aldricu. Musisz pamiętać jak zginąłeś-
te słowa wydawały się już nieco łagodniejsze.
Próba wskrzeszenia wspomnień o celu mojego porannego spaceru była co najmniej trudna. Za nic nie mogłem pojąć dlaczego wyszedłem rano z domu, dokąd chciałem pójść, a tym bardziej po co w ogóle wchodziłem do domu tej kobiety. Tylko jedna myśl, zakrwawiona noga, zaczęła do mnie powracać z dziwną siłą bumerangu. Głowa zaczęła mi wirować, ból stawał się nie do zniesienia, a wizja krwawiącej nogi i uczucie zimnej stali między żebrami stawało się coraz wyraźniejsze. Powoli zaczynałem rozumieć co się stało. Miałem nawet wrażenie jakbym już wcześniej uświadomił sobie swój stan. Tylko dlaczego zapomniałem? W obliczu bądź co bądź niespodziewanej wizyty w nigdy niewidzianym wcześniej domu, na końcu drogi przy której mieszkałem przez trzydzieści dwa lata, małe problemy z pamięcią wydawały się nieistotne.
-Już? No więc Aldricu, możemy przejść dalej?
Mantissa uśmiechnęła się kokieteryjnie i subtelnie usiadła na krześle, opierając leniwie  alabastrową rękę wzdłuż stolika.
-Mantisso… czy to jest niebo?
Jej śmiech był najbardziej złośliwym jaki w życiu miałem okazję słyszeć.
-Przepraszam cię bardzo, co?
-No niebo-wydusiłem nieco zmieszany. To miejsce do którego idzie się po śmierci.
-Ech, Aldricu… Coś takiego jak niebo nie istnieje. Doprawdy nie wiem skąd biorą się te wszystkie ludzkie opowiastki o życiu po śmierci i to na dodatek w jakimś iście ekskluzywnym miejscu.
Miałem wrażenie, że jest nieco zdegustowana tą rozmową lub przynajmniej, że moje wcześniejsze pytanie zdegradowało mnie jako rozmówcę, mniej więcej do poziomu czterolatka.
-W takim razie, co to jest?
-To jest mój dom Aldricu.
Kolejny raz zaśmiała się zgryźliwie, tym razem zasłaniając twarz dłonią.
-Zaczynasz mnie irytować. W takim razie co jest dalej?
-Jakie dalej?- kolejny raz miałem wrażenie, że mówiąc odwróciła w moją stronę wyłącznie oczy.
-No co jest po śmierci? Co teraz?
-Aldricu- westchnęła ciężej niż przedtem. Śmierć to koniec. Kres, granica. Nie wiem jak inaczej ci to wytłumaczyć. Śmierć ma proste wyjaśnienie. Koniec życia. Tutaj, gdzie zaczyna się mój świat, twój się kończy Aldricu. Nie przejmuj się tak, codziennie znika kilka światów, a kolejne rodzą się na nowo.
-O czym ty mówisz? Przecież świat trwa dalej. Sama zobacz, ulice nadal istnieją, ludzie robią interesy, słyszę jak śpiewają ptaki, czas płynie dalej. Jak więc to może być koniec świata?
-Nie rozumiesz Aldricu. Świat to nie budynki, ulice, kwiaty. Świat to wszystko to, co postrzegasz. A może raczej powinnam powiedzieć, sposób w jaki ty postrzegasz to, co cię otacza. Każdy ma swój świat. Powinieneś już to wiedzieć. W końcu żyjesz  już trochę.. czy też żyłeś raczej.
Kolejny raz miałem wrażenie, że jest lekko uszczypliwa.
-Aldricu, świat to ty, Jeśli ty umierasz, on razem z tobą. Wspomnienia, przeżycia, doświadczenia, to twoje uniwersum. Możesz wpuszczać innych do twojego świata, ale zawsze będzie to ktoś obcy, a tylko ty będziesz posiadał klucze do bramy.
-W takim razie co robi tu ten dom i ty?
-Ja? Ja mam po prostu klucze do tej ostatniej bramy. A w moim domu możesz sobie trochę odpocząć jeśli chcesz. Rozumiem jak ciężką podróżą jest życie.
Mantissa wskazała  krzesło na którym mogłem usiąść i nalała herbaty do dwóch filiżanek stojących na stoliku, których z pewnością nie widziałem tam wcześniej. Uśmiechnęła się najłagodniej w ciągu całej rozmowy i eterycznym krokiem ruszyła w stronę zielonej bramy. Zanim włożyła klucz do zamka, jej oczy odwróciły się w moją stronę. Potem pamiętam tylko, że brama mieniła się jasnym, iskrzącym złotem.

Komentarze (1)

  • Nigdy nie byłem miłośnikiem łopatologicznego tłumaczenia bohaterowi, gdzie jest i dlaczego znajduje się w danym miejscu. Jest to podobnie irytujące, jak złoczyńca tłumaczący się ze swoich motywacji na chwilę przed próbą ukatrupienia wszystkich organizmów żywych w okolicy.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się