Masło

Autor: Natalia Bąkowska, Gatunek: Proza, Dodano: 16 sierpnia 2010, 14:54:36

A zadanie piąte zrobiłaś?- tak ona mnie pyta chyba już po raz trzeci. I powoli mam już dość. Już mi się nie chce. Więc kłamię i mówię: Nie! No, bo ile można robić za najlepszą, za zawsze przygotowaną, chętną do pomocy? Tak naprawdę to wcale nie mam ochoty tłumaczyć im idei baroku czy oswajania nas ze śmiercią w utworach Morsztyna. Niedługo to tytuł samarytanki od burmistrza dostane, choć się jeszcze nie zdecydowałam, bo podobno miejsce przedstawiciela edukacji S.A. jest wolne. Już ich wszystkich nie słucham, już się wyłączyłam. Pstryk i wyłącznik wciśnięty. Wyciągam z kieszeni papierek po cukierku. I znów ta wizja. Czarna, mroczna, choć dla mnie pełna nadziei. Papierek wciąż rośnie, staje się ogromny, przykrywa ich wszystkich. Zamyka w sobie, zwija, kładzie na wagę i pakuje do torebki, którą do ręki bierze staruszka. I ona ich wszystkich zje, zgryzie, a co zostanie odda wnukom.
I nawet na mojej twarzy, która z gruntu jest smutna, pojawia się uśmiech. Teraz widzę pusty, szkolny korytarz, ich już nie ma. Staruszka przeżuwa ich powoli, dokładnie. Stara się, aby nic nie zostało między zębami. Boi się, by nie ożyli. Połyka, popijając ziółkami. Chce mieć pewność. I w najpiękniejszym momencie mojego snu, w chwili, gdy właśnie wszyscy mieli zostać strawieni, ktoś mnie z niego wyrywa. Czuję, jak włącza się mój system odbiorczy. Jestem zła. Zaczyna się jak zwykle od uszu. Słyszę ich, choć wcale nie chcę. Potem ich słowa, gesty, krzyki, pytania docierają do mego układu przetwarzania. Ludzie nazywają go mózgiem, ale przecież prawdy nie zna nikt. A potem to, co kontroluję tylko w części. Moja reakcja. I tak poprzez samoczynne włączenie się mojego systemu dowiedziałam się, co nowego w sztuce makijażu proponuje Oriflame i dlaczego Marta go rzuciła, choć ich miłość miała być wieczna. No przecież nie powinien z nią tańczyć, nie sądzisz?- tak ona mnie pyta.
 I wtedy myślę sobie, że to boot error. Że to złe pytanie. Mam teraz ochotę krzyknąć, że gówno mnie to wszystko obchodzi. Myślę sobie, że jak była głupia i się dała wykorzystać to już jej problem, ale z drugiej strony to nie ma nic złego w tym, że zatańczył z kumpelą, bo przecież przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest czymś zupełnie normalnym. No, ale przecież tego im nie powiem. Znów by mnie wzięli za wariatkę, choć i tak już chyba za późno. Więc podejmuję wyzwanie, wchodzę do gry. Mówię coś pokroju, że owszem ma racje i nie powinna sobie tą męską szumowiną głowy zawracać i że to jego strata czy jakoś tak. Nagle jak z nieba spada wybawienie. Dzwonek. No może nie do końca się ciszę, ale już wolę ławkę w klasie, gdzie siedzę co najwyżej z jedną osobą, niż tą hałdę bezosobowych eksperymentów genetycznych. Gadają o niczym, nic nie czują, myślą o niczym, są niczym. Czasami boję się spojrzeć gdzieś dalej niż za zasięg mojego zeszytu. Za każdym razem, kiedy to robię, dzieje się to samo. Rozpacz. Nic. Zero osobowości. Jakieś postacie utkane na siłę. Gdy tylko podchodzisz bliżej, pociągasz za sznurek, wszystko zaczyna się pruć. Znika
i rozlewa się wśród innych mu podobnych. Oszaleć można. A teraz jeszcze idzie on. Przedstawiciel Ministerstwa Polskiego Wkuwania Bez Sensu. Otwiera drzwi. Grzecznie prosi o zajęcie ławek, nie rozmawianie i otwarcie książek na danej stronie. Udaje, że coś wie, niby mówi płynnie, zerkając jednak co chwila do podręcznika. Czuję się jak w cyrku. Wielki klaun siedzący na wielkiej arenie. Daje teraz popis. Uwaga droga publiczności, proszę się skupić. Ten numer będzie wyjątkowo trudy, więc prosimy o zachowanie spokoju i ciszy. Klaun przewraca się, robi fikołki. Myśli, że jest zabawny. Aż mnie korci, żeby go wyprowadzić
z błędu. Ale nie. Cisza. Siedzę z resztą widowni i czekam na rozwój przedstawienia. Teraz chce w to wciągnąć publikę. Zaprasza do wspólnej zabawy, nie dając jednak wyboru. Chętnych oczywiście nie ma. Pochowali się gdzieś. Zamknięci szczelnie, wręcz hermetycznie. Ale klaun wie jak otworzyć opakowanie, potrafi odkręcić wieczko. Zaraz kogoś wyjmie i wturla na arenę. Nie ma przebacz. Teraz jesteś ofiarą. Przekąską dla cyrkowego lwa. Ale nie bój się. On cię nie zje. Tylko przeżuje i wywali. Będzie trochę bolało, ale nie zrobi ci krzywdy. Przecież musisz zostać do wielokrotnego użytku. I nagle koniec. Lew został odprowadzony do klatki, przybory schowane, klaun pośpiesznie zbiega z areny. Kurtyna opada. Ulga. Wychodzę z namiotu.

Jednak znów zaczyna się to samo. Gadające, ładne pudełka. Szkoda tylko, że puste w środku. Podejmuję trudną i ryzykowną decyzję. Idę się przejść. Nawet nie chce mi się myśleć, co mogę napotkać na swej drodze. Ruszam więc powoli. Już na samym początku widzę grupę dziewczyn. Żal mi ich. Mają za krótkie bluzki i spódniczki. Zaraz mam ochotę iść po igłę
i nitkę i doszyć im, co trzeba. Najlepiej cały układ centralny. Zastanawiam się, dlaczego nie mają wyłącznika. Pobiegłabym naraz w jego kierunku i wcisnęła z całym impetem. Zaczynam podsłuchiwać. Mówią coś o jakiejś imprezie. Że ona niby miała być tam z nim, a przyszła sama i że ta bluzka, którą miała na sobie, wcale się jej nie podobała, ale w końcu w Bravo Girl pisali, że teraz to takie są trendy. Tak sobie myślę, co będzie jak napiszą, że w tym sezonie najmodniejsze są czerwone narciarki plus koszulka anarchistyczna. Chyba warto poczekać żeby to zobaczyć. Uśmiecham się i ruszam dalej. Motłoch wciąż przechodzi obok. Mijam się z nim. Żałuję, że nie mam kamery. Nakręciłabym film. I bym go nazwała:
”Z kamerą wśród zwierząt”. Albo lepiej nie, bo zaraz organizacje ekologiczno-zwierzęce napisałyby protest, że obrażam ich pupili. I w sumie mieliby rację. Mój czas dobiega końca. Muszę wracać. Podchodzę ostrożnie. Nie chcę żeby ktoś się do mnie odzywał. A jednak. Jakieś pytanie nieśmiało przebija się przez moją barierę. Spoglądam w bok. Justyna. Już nawet nie pamiętam, o co mnie pytała. Czuję się spokojniej. Justyna to taka mała ucieczka od tych plastikowych pudełek. Ona już uciekła z zoo. Pisze. Opowiadania, wiersze. Wszystko po trochu. Jest odkręconym słoikiem. Lubię ją. Ale teraz już czas iść. W końcu klauni też muszą mieć wolne. Proszę państwa przepraszamy, ale przedstawienie dobiegło końca. Prosimy
o bezzwłoczne opuszczenie namiotu cyrkowego. Przecież i tak straciłam tam mnóstwo czasu. Ciekawe, co będzie, jak kiedyś poproszę o zwrot. Wychodzę pierwsza, szybko, na do widzenia trzaskając głośno kotarą.

 

***

 

Wchodzę do domu. Odruchowo włączam telewizor. Mam ten nawyk we krwi. Wiadomości. Prolewicowa spikerka wychwala pod niebiosa rządy kolejnego ministra. Nie wiem którego. Po siódmym przestałam liczyć. Zastanawiam się jak można gadać takie bzdury przez tak długi czas. Musiała chyba wziąć ekstazkę i kwasa naraz. Zaczynam się wkurzać. Bo co, jak co, ale chrzanienia o wzroście gospodarczym i plusach członkostwa w unii dłużej już nie zniosę. Co ci pieprzeni, garniturowani panowie na włościach mogą wiedzieć o prawdziwym życiu? Za nic nie płacą, niczym się nie przejmują. Tylko ciągle tyją tak, że niedługo zabraknie ekranu by ich objąć. I rzygać mi się chce na myśl, że moi rodzice też muszą tych zafajdanych książulków utrzymywać. Już czuję jak wszystkie moje wnętrzności podchodzą mi do gardła
i boję się, co bym się nie wywinęła na podszewkę. Mam dość. Zmieniam kanał. Okno gaśnie a gdy znów zapala się zaczynam się uśmiechać. Wielkie oko podgląda właśnie obrady sejmu. W sumie fajnie. Komedia za darmo. Na sali około dwudziestu posłów, trzech śpi, dziesięciu czyta najnowszą prasę, sześciu konwersuje nie na temat a jeden wpycha pasztecik to bułki. Czyli dziś nie ma nic ważnego, zwykłe posiedzenie. Jakby coś ważnego było, to by chociaż ten pasztet na chleb razowy kładli. Zaraz mam przed oczami rysunek Andrzeja Mleczki
i podpis: „Teraz pobawimy się w parlament. Ja będę coś mówił od rzeczy a wy będziecie polemizować ze mną nie na temat.” To by mogło służyć za recenzję, co by przed każdą relacją puszczali. Pośmialiśmy się i starczy. Zmieniarka w dłoń i poloneza czas zacząć. Teraz jakiś wielki brat czy wielka siostra, już nie pamiętam, zaprasza kogoś do pokoju zwierzeń. Wchodzi blondynka, w tym momencie już mam lepszy humor, mówi coś o trudnych wyborach. Płacze. Jakaś gadka o przyjaźni i przywiązaniu czy milionie złotych. Na wyjście rzuca coś o tym, że jej strasznie przykro, zalotnie uśmiecha się do kamery i odgarnia włosy. Paranoja. Zamknęli stado chciwych hipochondryków w małym domku i podglądają. Wmawiają nam, że to prawdziwe. Choć to wszystko tworzywo sztuczne. Sztuczny dom, sztuczni ludzie. No, bo przecież, kto by się naturalnie zachowywał, gdy na plecach wciąż czuć oddech miliona złotych. Więc udają. Przyjaźń, miłość, złość, nienawiść, rozpacz, fałsz. Ale przecież udają naprawdę. Może o to im chodzi w tej nazwie „reality”. Czy to jest kłamliwa prawda czy prawdziwe kłamstwo to jak rozważać czy butelka jest do połowy pusta czy do połowy pełna. Dom wariatów. Ale nagle nachodzi mnie to dziwne uczucie. Taka niepewność. Odważyłabym się nawet rzec podejrzliwość. A może to wszystko wkoło to taka większa wersja wielkiego oka? Może za każdą ze ścian siedzi jakiś pan, odpowiednio Zbyszek, Damian, Rafał w zależności, kto by akurat miał dyżur i patrzy na nas, śmiejąc się
z każdego potknięcia, z cukierka zabranego dziecku, ze staruszki rozpaczliwie szukającej drobnych w kolejce do piekarni. A może on ma pilota. Potrafi przewinąć, cofnąć, zrobić pauzę. Ale to oznaczałoby coś jeszcze. Że może też to wszystko zatrzymać. Wyłączyć. I zaraz przerażająco krzyczę o długopis, o kartkę. Chociaż o kawałek kartki. Z euforią piszę petycję do Drogiego Pana Inwigilatora z prośbą o wciśnięcie wyłącznika. Biegnę od jednego sekretariatu do drugiego. Mam nadzieję. Rada przyjmuje mój wniosek. Czekam na obrady. Udało się, mój wniosek stał się poprawką numer 666. Siedzę na kanapie. Nic się nie dzieje. Czyli znów chory sen. A miało być tak pięknie.

Zaczyna padać. Ubieram mój długi, czarny, skórzany płaszcz. Zapinam dokładnie, naciągam kołnierz, mam chyba nadzieję, że będę niewidzialna. Wychodzę z domu.

 

***

        Idę wąską uliczką. Zaczyna się ściemniać, więc, to chyba dobra pora na spacer. Mijam jakąś grupkę. Dresiarze czy jakoś tak. Krzyczą coś do mnie pokroju „Cze mała czarna” i idą dalej. Zaraz za nimi następni. Śpiewają o białej gwieździe i wygranym meczu. Są pijani
i elegancko ubrani. Czarne, wypastowane buty, golfy, gangi i paczka chusteczek higienicznych w kieszeni. Pewnie urzędnicy po godzinach. A ich głupie żony myślą, że mężulek właśnie wziął nadgodziny, co by im nowe futro z szynszyli kupić. Rozbawiają mnie. Ale oczywiście na krótko, jak wszystko. Ruszam szybciej. Sama nie wiem czemu.

Zaczynam się nudzić, więc postanawiam zabawić się w wielką siostrę. Spoglądam do okien domów. W jednym mała wyidealizowana rodzinka przy kolacji. Siedzą razem, jedzą nożem
i widelcem, choć po prawdzie to synek dopiero co z kryminału wyszedł, żonka zdradza męża z listonoszem, on ją z sekretarką a córunia popala sobie trawkę i to bynajmniej nie tą na działce w ramach letnich porządków. Idę więc dalej. Księgarnia. Mimowolnie odwracam wzrok w stronę wystawy. Moją uwagę przykuwa duża książka w twardej oprawie. „Jak się dostać do Reality Show- przewodnik”. I naraz się denerwuje. Bo kto pozwala takie głupoty na wystawkę dawać. Chyba chcą tym ludzi straszyć. Tak sobie myślę, że jak są tacy mądrzy, tacy z nich wszystkich znawcy to niech napiszą przewodnik po rzeczywistości. Instrukcję do życia. Pierwsze, co bym po otwarciu tej instrukcji zrobiła to znalazłabym reżysera, scenarzystę, producenta. Wszystkich bym wykończyła. Albo nie. Zostawiłabym jednego. Takiego na najwyższym stanowisku. I bym do niego napisała skargę na technicznych.. Że im się popsuło, że ten guzik stop przestał działać, że play się wcisnął i nie chce wyskoczyć.
A może to taśma się wkręca? Pomieszały się wszystkie filmy. Bohaterowie mieszają się ze sobą.

Zresztą, niech sam rozstrzygnie. Przewracam kartkę. Dalej opis jak i co jest ze sobą połączone i z czego zrobione, większość to styropian i kłamstwo oraz historie dla kolejnych postaci. Coś jak w RPG, tylko dokładniej. Ale co, jak co, mistrza gry mamy. I jak znam życie to brakowałoby tam jednej opcji, jednego kluczowego słowa. Zakończ. Na to by nie pozwolili. Ot tak zakończyć lub chociażby zatrzymać. A co z widzami, przecież oglądalność nie może spaść. Ja też nie mogę im tego zrobić. Więc w podzięce za wierność i zasiadanie codziennie przed odbiornikami, ruszam dalej.

Asfalt zlewa się z chodnikiem. Powstaje mała ciemność, małe zło budzi się do życia, matki wołają dzieci do domu. Mały bóg światła idzie na spoczynek. Czuję zazdrość. Wszyscy patrzą jak idę. A ja specjalnie, na przekór im, przyspieszam kroku. Mijam plakat wyborczy i grupę małych dziewczynek. Siedzą na murku koło swojej podstawówki. Palą papierosy. Lalki już dawno leżą w kącie. Spoglądam w górę. Gwieździsty koc przykrył niebo. Czekam z ufnością jak połknie cały świat. Nic się jednak nie dzieje. Kolejny zawód. Choć chciałabym żeby to wszystko zniknęło, ot tak. Rozglądam się dokoła. Kilku chłopaków. Skręcają jointy. Są na haju. Po prawo szkoła. Centrum inwigilacji i głupoty. Ktoś ma wieczorne zajęcia. Wszyscy siedzą grzecznie w swych ławeczkach i wsłuchują się w klauna. Udają, że ich to interesuje, notują. Skąd ja to znam. Potem wrócą do domu i odrobią lekcje, tylko z poczucia obowiązku. Marząc o śnieżycy, przez którą zamknęliby szkołę, piszą wypracowanie o wrażeniach
z wakacji. I nawet, chociaż stoję kilka metrów dalej, czuję te harcerskie klimaty. Uśmiechnięte buźki do pana profesora i dyskusja na temat wyższości Herberta nad Miłoszem czy odwrotnie. I tak do znudzenia. Dalej sklep. Jakaś matka otwiera dziecku paczkę paluszków, kupionych za ostatnie pieniądze z zasiłku. Skręcam w lewo. Klub. Wychodzi kilka osób. Na początku dziewczyny. Postanawiam nie marnować czasu i podsłuchuję. Są zabawne. Gadają o ciuchach, makijażu i facetach. A gdy pojawiają się kumple od razu udają typ polonistki „iż”, „ależ” i jeszcze kilka innych słów pada z ich ust, co brzmi dość komicznie. Są naprawę żałosne. Wszędzie brudno. Służby Obrony Porządku Miasta i Gminy mają wole. Od stuleci zresztą. Siadam na ławce. Mam teraz w głowie te wszystkie nieudane próby człekokształtne. Te puste pudełka, harcerzyki, dealerów, klaunów, wielkiego brata
i jego siostrę, naczelnych tak zwanych pism młodzieżowych. Myślę sobie jak są naiwni. Jak głęboko już wpadli w masło. Zatapiają się w nim nic nie czując. Jedzą je na śniadanie, obiad, kolacje. Ktoś ich posmarował a oni jak zwykle nie mają chusteczek do wytarcia. No cóż, ale ja im nie pomogę.

  Na ulicy puste butelki po piwie, pokale, kawałki kiełbasy z festynu. I teraz to już naprawdę koniec. System nie wytrzymuje. Zawiesza się. Cały mój układ nerwowy dostał szału. Biegam po parku. Szukam wyłącznika. Jeśli go nie znajdę to sama się wyłączę. Już nie mam siły, już mi się po prostu nie chce. Przewracam te cholerne śmieci, składam podanie o wyłącznik. Nie ma. Idę, nie, biegnę szukać dalej. I właśnie, gdy już miałam skończyć, poddać się, opuścić tę pomyloną wyspę, spotkałam ją na swojej drodze. Szła powoli jak zwykle nie przejmując się niczym. A przynajmniej nie bzdurami. Już z daleka widać jej siłę. Choć cała na czarno, czarne włosy, czarne myśli, to jednak pełna radości. Oczy jak zwykle błyszczące, kilka kolczyków w uchu, ot tak, dla ozdoby. Na ręce kilka srebrnych bransoletek i tatuaż. No i oczywiście twarz mówiąca wszystko. Takie pomieszanie siły i uczuć. Cieszę się. Ruszam w jej stronę. Muszę z nią porozmawiać, z moją nadzieją. Zawsze jest, gdy tego potrzebuje. Najlepsze jest to, że jej siła jest zaraźliwa. Zdaję sobie sprawę, że będzie to dziś moja pierwsza dobrowolna rozmowa. I nie myślę już nawet czy to zbieg okoliczności czy przeznaczenie. Wszystko mija. Zawód, złość, chęć zemsty. Całe masło chowa się z powrotem do papierka. Chyba każdy człowiek tak ma, gdy spotka swoją nadzieję. Ale ja mam ten komfort, że moja ma imię i jest moją przyjaciółką. Więc biegnę, co sił w nogach z daleka już krzycząc przez barierę: „Cześć Aniu”.

 I naraz obie myślimy, co by tu dziś zrobić dla poprawienia nastroju. Długo się nie zastanawiamy, bo nie lubimy marnować czasu. To, co zawsze. Pójdziemy do klubu, zamówimy nasz ulubiony sok pomidorowy, zamkniemy się w naszym własnym świecie i chociaż jemu jednemu nadamy sens.   

 

Michiru                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   

Komentarze (5)

  • Bardzo sprawnie napisany tekst, który budzi we mnie sprzeciw ze względu na swoją jednostronność. Podmiotka liryczna mówi w tekście od początku, aż po kropkę: JA i ta banda debili.

  • Dziękuję za komentarz. Co do jednostronności -tak w 100% masz rację i tak ma być bo taka właśnie jest postać :)

  • no wiem:) i się sprzeciwiam postawie, nie tekstowi:)

  • Podobnie jak m. przeszkadza mi ciągły oceniający ton. Ale rozumiem, że taka postać. Nieźle się to czyta, kilka fajnych spostrzeżeń (motyw poradnika "jak się dostać...) choć czasem powiewa banałem (cukierek, z kamerą wśród zwierząt).

  • Dziękuję za kolejny komentarz, każda uwaga jest cenna :) Zgadzam się, co do banału, tekst ma już swoje lata i dzisiaj zmieniłabym w nim kilka rzeczy. Jednak mam do niego wielki sentyment i dlatego pozostawiłam bez zmian.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się